Tłuste kłamstwo dietetyków – czy tłuste jedzenie rzeczywiście ma wpływ na naszą wagę?

trener-personalny-warszawa-dietetyk-trener-osobisty

Wyklinane przez dziesięciolecia tłuszcze zwierzęce wcale nie są złe dla naszego zdrowia. Dietetycy coraz częściej przekonują, że jedzenie tłustych potraw nie sprawi, że przytyjemy.

Uwaga na żywieniową policję! Słysząc pukanie do drzwi, natychmiast schowajcie cukier, masło i sól. W ubiegłym tygodniu naukowcy z komisji doradczej zasugerowali, że powinniśmy o połowę zmniejszyć ilość spożywanego cukru. Okazuje się, że to cukier, a nie tłuszcz, jest największym złem. Dieta niskotłuszczowa nie ma uzasadnienia w faktach, wynika z książki „The Big Fat Surprise” („Wielka tłusta niespodzianka”).

Organizacja Action on Sugar domaga się wprowadzenia „całkowitego zakazu reklamowania wysoko przetworzonej żywności zawierającej dużą ilość tłuszczów nasyconych, cukru i soli, oraz słodzonych napojów, by chronić dzieci”.

Od pewnego czasu zastanawiała mnie ta nowa moda na demonizowanie cukru. Doszedłem do wniosku, że chodzi o to, by zatuszować fakt, że tłuszcz wcale nie jest taki zły, a eksperci po prostu nie mogą się przełamać, by nam o tym głośno powiedzieć. Niewykluczone, że epidemia cukrzycy i otyłości to m.in. efekt działań policji żywieniowej.

Podobne wnioski wysuwa autorka książki „The Big Fat Surprise” Nina Teicholz, doświadczona dziennikarka, która przez osiem lat zbierała dowody potwierdzające i zaprzeczające tezie o korzystnym wpływie diety niskotłuszczowej.

Teicholz stwierdza, że zalecenia dotyczące obniżenia zawartości tłuszczu w diecie nie mają żadnego poparcia w faktach, dowody są co najmniej wątpliwe, a promuje je nietolerancyjny ogół popierany przez grupy interesu i uległe media. A my od tego tylko tyjemy.

W latach 50. w Ameryce ni stąd ni z owąd pojawiła się choroba serca, która zaczęła zabijać zwłaszcza mężczyzn w średnim wieku. Dziś wiemy, że sprawcą były papierosy, czego potwierdzeniem jest ogromny spadek zgonów na skutek choroby serca, bo ostatnio palimy mniej, plus oczywiście mamy lepszą opiekę medyczną.

Przed laty naukowcy uznali jednak, że przyczyną śmiertelności jest tłuszcz w diecie. Cholesterol zapycha naczynia krwionośne, dlatego spożywanie żywności zawierającej tłuszcze nasycone, np. mięsa, jajek czy nabiału, musi podnosić poziom cholesterolu we krwi.

Poza tym przecież tłuste jedzenie tuczy. To chyba oczywiste, prawda? Nagonkę na tłuszcze nasycone wywołał przebiegły amerykański naukowiec Ancel Keys. W 1961 r. namówił Amerykańskie Towarzystwo Kardiologiczne, by opublikowało zalecenia dotyczące spożycia tłuszczów nasyconych.

Keys przedstawił dowody zebrane podczas badań nad chorobami serca w sześciu krajach Europy i w Japonii. Na ich podstawie doszedł do wniosku, że niskotłuszczowa dieta obniża zagrożenie chorobami serca.

Tymczasem dane pozyskane w trakcie eksperymentu były fałszywe, twierdzi Teicholz. Keys pominął w swojej analizie kraje, o których wiedział, że nie potwierdzą jego hipotezy.

Obywatele większości krajów na diecie niskotłuszczowej wciąż odczuwali skutki długotrwałego głodu zaznanego podczas wojny. Co więcej, Keys zaprezentował jedynie wyniki niewielkiej grupy uczestników testu klinicznego, a dietę niskotłuszczową zaczerpnął z Krety, gdzie podczas wielkiego postu ludzie wstrzymują się od spożywania mięsa. Wyniki opublikował w mało znanych niemieckich magazynach. Zdaniem Teicholz tak poważne błędy metodologiczne powinny były postawić cały eksperyment pod znakiem zapytania.

Dowody na szkodliwość tłuszczu i bez tego były wątpliwe, i o cały rząd wielkości słabsze np. od dowodów na związki palenia z chorobami nowotworowymi. A jednak na tym nieprzekonującym i podejrzanym dossier oparto całą filozofię zdrowej diety. Sceptyków przypominających o niewygodnych faktach po prostu ignorowano. Jak to jest, że gdy Indianie, Inuici i Masajowie jedli głównie czerwone mięso i tłuszcz, to wtedy nie byli otyli ani nie chorowali na choroby serca. Ale odkąd do diety włączyli chleb i ziemniaki, nękają ich oba te problemy. Jak to możliwe, że podczas kontrolowanych eksperymentów z udziałem weteranów i więźniów, po zastąpieniu tłuszczów zwierzęcych tłuszczami roślinnymi, nie stwierdzono żadnych zmian w śmiertelności?

Dziś wiadomo już, że nieprawdą jest, jakoby od spożywania tłuszczów się tyło. Nasz organizm nie odkłada masła prosto w udach; przetwarza całą żywność i dokłada lub wykorzystuje rezerwy tłuszczu, opierając się na sygnałach hormonalnych.
Tłuszcz dostarcza więcej kalorii na jednostkę wagową, ale też bardziej syci. Obecnie większość dowodów wskazuje, że łatwiej przytyć na diecie węglowodanowej niż na wysokotłuszczowej, która jest bardziej pożywna.

Sceptycy w końcu zostali skutecznie uciszeni przez Keysa, jego sprzymierzeńców i posłusznych dziennikarzy, przedstawicieli zawodu kochającego kontrowersje. Teicholz opisuje, jak przeciwnicy tłuszczu recenzowali swoje prace badawcze, finansowali nawzajem badania, i tak długo nie dopuszczali do głosu wątpiących, aż ci w końcu odpuścili. (Czy nie przypomina wam to debaty o zmianach klimatycznych?)

Finansowane przez producentów olejów roślinnych Amerykańskie Towarzystwo Kardiologiczne wyrosło na potęgę, grzmiącą nieustannie o szkodliwości tłuszczu zwierzęcego. W 1978 r. amerykański rząd opublikował swoje zalecenia dietetyczne. Europa poszła jak zwykle śladem USA.

W europejskiej filii Światowej Organizacji Zdrowia sporządzono piramidę żywieniową. Piramida ta wyróżnia się zastosowaniem oznaczania kolorami przypominającego światła drogowe.

Kolor zielony dotyczy żywności u dołu piramidy (produkty zbożowe, warzywa i owoce). Sygnalizuje w ten sposób, że wyroby z tej grupy powinny stanowić główny składnik diety.

Środkową, pomarańczową część piramidy, zajmuje mleko i produkty mleczne, mięso, ryby oraz jaja. Kolor pomarańczowy oznacza, że w normalnej diecie należy spożywać umiarkowane ilości tych produktów.

Górna część piramidy, w której znajdują się nabiał, czerwone mięso, oleje i cukry (słodycze), jest oznaczona kolorem czerwonym. Spożycie produktów z tej grupy powinno być – wedle obecnych zaleceń policji żywieniowej – bardzo ograniczone. Przesłanie wrosło w kulturę. Świat oszalał na punkcie diety niskotłuszczowej. Nadal szaleje – wystarczy spojrzeć na sklepowe półki.

Od dziesięciu lat kolejne badania potwierdzają, że tłuszcz zwierzęcy sam w sobie nie jest szkodliwy dla zdrowia, nie prowadzi do otyłości, nie podnosi poziomu cholesterolu prowadzącego do ataku serca, nie zwiększa śmiertelności i jest zdrowszy od węglowodanów.

Np. dwuletnie badanie przeprowadzone w Izraelu wykazało, że tłuszczowo-mięsna dieta Atkinsa jest skuteczniejsza w walce z nadwagą niż dieta niskotłuszczowa i śródziemnomorska.

Dr Michael Mosley, autor książki na temat odchudzania „The Fast Diet”, opisywał w artykule opublikowanym na łamach „The Times” na własnym przykładzie, jak propaganda diety bezmięsnej i beztłuszczowej omal nie doprowadziła jego samego do poważnych chorób.

– „Własną dietą zainteresowałem się w latach 80., gdy dieta Atkinsa przeżywała szczyt popularności” – pisze Mosley. – „Byłem wtedy studentem szkoły medycznej, w której uczono wielu ważnych przedmiotów, od anatomii po biochemię, ale o dietetyce ledwo wspomniano. Przekonywano nas jednak, że Atkins rozsiewa niebezpieczne dla zdrowia bzdury i ostrzegano przed tłuszczami nasyconymi. Byłem szczupły, sporo ćwiczyłem, ale jak wielu studentów spożywałem dość dużo tłuszczów nasyconych w postaci masła, burgerów i salami. W mojej rodzinie było kilka przypadków choroby serca i udarów, a u mojego ojca niedawno zdiagnozowano cukrzycę. Zrozumiałem, że nadszedł czas, by zacząć działać”.

Mosley dodaje, że przekonywał swojego otyłego ojca, by przeszedł na dietę niskotłuszczową i wiercił dziurę w brzuchu swej mamie tak długo, aż zrezygnowała z masła i zaczęła jeść margarynę. Podejrzewa, że po kryjomu wracała jednak do masła, a ojciec w ogóle nie posłuchał jego rad.

Sam Mosley wołowinę zastąpił mięsem drobiowym, kawę pił tylko z chudym mlekiem, unikał jajek i zawsze wybierał niskotłuszczowy jogurt.

– „Czy stałem się dzięki temu zdrowszy? Otóż nie” – pisze. – „W ciągu kilku dekad przytyłem 13 kg, zawartość tkanki tłuszczowej w organizmie podskoczyła do 28 proc., poziom cholesterolu wyraźnie się podniósł. Byłem o krok od zapadnięcia na cukrzycę. W 2011 r., kręcąc program dokumentalny dla BBC, poddałem się badaniu tomografem i dowiedziałem się, że moje organy wewnętrzne są dramatycznie otłuszczone. Konsultant poinformował mnie, że jestem fenotypem TOFI (thin outside, fat inside) – szczupłym z zewnątrz, otyłym od wewnątrz. Problem polegał na tym, że choć ograniczałem spożycie tłuszczów, w mojej diecie było coraz więcej węglowodanów. Gdybym przeszedł na rozsądną dietę niskoglikemiczną, jadł więcej warzyw i zbóż, niewątpliwie byłbym dziś zdrowszy. Tymczasem ja odżywiałem się tak, jak radzono w tamtym czasie, to znaczy jadłem pokarmy bogate w skrobię, czyli ziemniaki i makaron”.

Badacz zainteresował się tym, jak organizm reaguje na taką dietę. Przekonał się, że zjedzenie ugotowanego ziemniaka sprawia, że poziom cukru podskakuje niemal tak, jak po zjedzeniu łyżki cukru. – „Jak na ironię, ziemniaki jada się z masłem, a tłuszcz spowalnia wchłanianie, więc poziom cukru podnosi się wolniej i nie tak znacząco. Poza tym węglowodany, zwłaszcza węglowodany oczyszczone, jak ryż, ziemniaki czy makaron, są mniej sycące niż tłuszcze i białko. Jesz i za kilka godzin znów jesteś głodny. Więc jesz jeszcze trochę” – pisze Mosley.

Dla większości dietetyków odkrycia, że dieta mięsna i tłuszczowa wcale nie jest niezdrowa to czysta herezja. Badacze latami starają się, by ktoś opublikował ich raporty, a swoje wnioski przedstawiają w sposób ostrożny i dokładnie przemyślany. Eksperci, tacy jak Teicholz czy Gary Taubes, którzy w swoich książkach twierdzą, że cesarz tłuszczu jest nagi, traktowani są jak pariasi. Każda publikacja sprawia, że policja żywieniowa naciera ze zwiększoną siłą i domaga się, byśmy jedli jeszcze mniej tłuszczów nasyconych.

Co ciekawe, ostatnio coraz częściej przedmiotem krytyki jest cukier. Tymczasem, choć wielokrotnie dowiedziono, że węglowodany generalnie prowadzą do otyłości i cukrzycy, dowody na jakąś szczególną szkodliwość cukru rafinowanego nie są tak oczywiste. I tu pojawia się prawdziwy problem. Jeśli odrzucimy węglowodany i cukier (a więc owoce), a przy tym nadal będziemy potępiać tłuszcz i czerwone mięso (jak to robi Action on Sugar), nie pozostanie nam do jedzenia nic, poza okoniami i szpinakiem. A to niezbyt praktyczne.

Takie stanowisko to kij bez marchewki, trudno będzie przekonać populację. Dlatego mała sugestia dla policji żywieniowej: wydajcie nowe zalecenia. „Obecnie uważamy, że powinniście jeść mniej cukru i chleba, ale za to możecie wzbogacić jadłospis o jajka, mięso i ser (ale możemy się mylić)”.

Książka Teicholz ma podtytuł „Why butter, meat and cheese belong in a healthy diet” („Dlaczego masło, mięso i ser są zdrową dietą”). Wczoraj na śniadanie zjadłem jajka na bekonie. A tak przy okazji, nie mam w tym żadnego interesu. Na naszej farmie hodujemy bydło mleczne, ale uprawiamy też zboża i produkujemy oleje roślinne.

 

Źródło: polskatimes.pl

You must be logged in to post a comment.